Świat Karpia - źródło informacji i rozrywki dla karpiarzy

Blog

Ocena
Data dodania
2015-10-08
Autor
redaktor_m

Odrzańskie bliźniaki - Paweł Dzierla z CarpGravity

Trzeci października 2015 r. długo zostanie w mojej pamięci. Ale zacznijmy od początku jak to wszystko było i dlaczego tego dnia nie zapomnę do końca życia.



Po lecie, w którym nie miałem za wiele czasu na wędkowanie i byłem tylko na kilku zasiadkach które skończyły się bez pika, czułem straszny niedosyt, myślałem tylko jak tu się wyrwać przynajmniej na krótką zasiadkę. W końcu udało się wielkim przypadkiem ale się udało.
Miałem weekend wolny i szukałem kompana na wyjazd. W weekend poprzedzający zasiadkę wykonałem kilka telefonów i niestety wszyscy mieli inne plany. Miałem już odpuścić, aż tu w czwartek dzwoni kuzyn Marcin i mówi ze ma wolne bo jego plany nie wypaliły i siedzi w domu. Postanowiliśmy wybrać się na jedną dobę nad wodę. Wybór padł na Odrę i miejscówkę Marcina, która była wcześniej już kilka razy nęcona. Przed samym wyjazdem podjechaliśmy jeszcze na miejsce i trochę pod nęciliśmy.



Do wody wrzuciliśmy jakieś 30kg kukurydzy 3kg pelletu GLM, 3kg pelletu Halibuta i 5kg mixu kulek GLM,Truskawka,Blondi i Kryla.
 
Nadszedł dzień wyjazdu. Szybkie pakowanie i wyruszamy. Do miejsca mamy 30km więc nie zajęło nam to dużo czasu. O godzinie 13.00 mieliśmy już wszystko rozstawione, zanęcone i teraz przyszła kolej na zestawy i wybór przynęty, która zawiśnie na włosie. Wybór nie był trudny i na pierwszym zestawie zawisła kulka o zapachu racicznicy którą dostałem od Pawła Szewca do przetestowania.







Wybrałem ją dlatego, że w Odrze głównym pożywieniem karpi jest właśnie racicznica której jest mnóstwo. Na drugim zestawie zawisła kulka Muszla Glm która przyniosła już kilka ładnych ryb właśnie z tej rzeki. Pogoda dopisała i było lekko ponad 20 stopni tylko strasznie dokazywał nam bardzo silny wiatr. Na szczęście wieczorem ustał. Koło godziny 19.00 było już ciemno ale dość ciepło więc siedzieliśmy na dworze przy małym drinku. Siedząc planowaliśmy zorganizowanie zakończenia sezonu i dłuższej zasiadki aż tu nagle piiiiiiiiiiiiii i potężny odjazd na mojej prawej wędce. Racicznica się sprawdziła i już przy pierwszym teście jest branie. Szybki start do kija i jest siedzi. Od razu wiem, że to nie mała ryba bo nie daje się zatrzymać i wybiera dalej żyłkę z kołowrotka mimo dokręconego hamulca. Walka była niesamowita i ryba po każdym podciągnięciu robiła odjazd w przeciwną stronę. Kij wygięty niesamowicie i tylko modlitwa, żeby ryba nie poszła w jakiś zaczep których na tej miejscówce jest bardzo dużo.





Po około 30 minutach ryba słabnie i pokazuje się nam pod powierzchnią. Po kilku chwilach ląduje w podbieraku i jestem mega szczęśliwy bo widzę, że ryba może mieć dwójkę z przodu na wadze. Piątka z Marcinem gratulacje i lecimy na matę wyhaczyć i zważyć rybę. Waga pokazuje 22kg i nie dowierzam moja nowa życiówka !!!





Jestem szczęśliwy i zasiadkę jak i cały sezon uważam za udany, ponieważ to moja druga ryba w tym roku powyżej 20kg. Rybę wkładamy do worka żeby rano zrobić kilka fotek. Zmęczony siadam jeszcze na chwilę, pijemy jeszcze jednego drinka żeby uczcić życiową rybę. Odpoczywam kilka chwil w fotelu i biorę się za montowanie nowego zestawu. W tym czasie Marcin łowi leszcza. Widać, że ryby żerują więc szybko zarzucam swoją wędkę ze świeżą kulką 4D Racicznica. Siadam dalej i nie mogę  nacieszyć się wyciągniętą rybą. Koło 22.30 Marcin znów ma branie tym razem na haku melduje się kleń. Koło 23.30 poszliśmy do namiotu bo zrobiło się dość chłodno. Przez godzinę nic się nie dzieje więc idziemy spać.
O godzinie 03.50 budzi mnie znów dźwięk mojego sygnalizatora. Wybiegam z namiotu i widzę, że to ta sama wędka na którą miałem pierwszą rybę. Lekka przycinka i jest. Jestem w szoku ponieważ ryba wybiera żyłkę z kołowrotka jak bym miał dalej odkręcony hamulec. Próbuję przytrzymać szpulę ręką ale wędka jest wygięta do granic możliwości. Przez pierwsze 10 minut byłem przekonany że to sum bo ryba robiła co chciała i nie dała się podholować nawet metra. Po chwili czuję, że ryba zaparkowała w jakimś zaczepie i nie idzie z nią nic zrobić ale czuję że jest w dalszym ciągu na haku. Po krótkiej chwili zastanowienia podejmuję decyzje żeby przejść na szczyt główkii spróbować z tamtego miejsca ją jakimś cudem wyciągnąć z tego zaczepu. Po przeprawie przez błoto i śliskie kamienie byłem do kolan wypaćkany błotem. Ale udało się. Żyłka pozostała napięta i kontakt z rybą miałem w dalszym ciągu. Teraz tylko modlitwa w duszy żeby rybę jakoś uwolnić z podwodnego drzewa. Moja decyzja o przeprawie była jak najbardziej trafna i ryba po chwili wychodzi z zaczepu i walka zaczyna się na nowo. Ciśnienie trochę opadło i wróciła radość że znów zaczynamy niesamowitą walkę z rybą, pozostało tylko pytanie co to za ryba ? Po każdym moim podciągnięciu jej w swoja stronę, ryba robi jeszcze raz taki odjazd w stronę przeciwną. Walka trwa jakieś 30 minut i w końcu ryba wchodzi w klatkę między główkami. Myślę sobie, jak tam nie znajdzie żadnego zaczepu jest już moja. I niestety tu się myliłem. Ryba dalej robi co chce i nie daje mi najmniejszych szans na jakiekolwiek podciągniecie jej w moją stronę. Czuje jak cały czas jest przyklejona do dna i swoją masą stawia opór jak by w ogóle nie była zmęczona. Walka trwa jeszcze jakieś 10-15 min i w końcu czuje, że ryba słabnie i po kilku chwilach jest już pod samymi nogami w tak zwanym głęboczku przy samej główce. Chwilkę czułem się jak bym walczył na łodzi z ta rybą bo szczytówkę wędki miałem jakieś 3 metry od nóg i pionowo wchodziła do lustra wody. Wiedziałem że jest tam tylko 2 metry głębokości ale przy próbie oderwania ryby od dna w kierunku powierzchni po niecałych 50 cm ryba z powrotem wciąga moją szczytówkę do wody. Wtedy zadałem sobie pytanie czy te dwa metry to tylko czy aż dwa metry. Ryba wracała jeszcze z dobre dziesięć razy do dna po moich próbach oderwania jej. W końcu po kolejnej próbie widzę i czuję, że chyba wreszcie uda się i po kilku chwilach naszym oczom ukazuje się piękny dziki pełnołuski. Kuzyn pewnym ruchem podbiera rybę, a ja ze zmęczenia przysiadam na kilka sekund na kamieniach. Widząc ogrom ryby w siatce podbieraka myślę sobie, że to chyba sen  i raczej nie jest to możliwe. Walka z rybą była przecudna i nie wiem czy jakakolwiek ryba w jeziorach stawach czy zbiornikach zaporowych ma taką siłę jak dziki Odrzański pełnołuski karp. Jeszcze w życiu żadna ryba nie dała mi tak popalić podczas holu, a wędkuje od maleńkiego chłopca. Byłem wykończony ale szczęśliwy. Hmmm nie wiem czy słowo szczęśliwy wystarcza żeby opisać mój stan bo wiem, że ryba ma znów ponad dwadzieścia kilogramów i przeczuwam że będzie to moja kolejna życiówka. Sam nie mogłem jej donieść w podbieraku i na szczęście miał mi kto pomóc i nieśliśmy ją wspólnie z kuzynem. Ryby nie ważymy tylko odhaczam i wkładam do worka bo niedługo będzie już jasno i wtedy zrobimy sesję zdjęciową. Siadam na mokrym fotelu bo jest już mi wszystko jedno i cały czas nie dowierzam i mówię do Marcina żeby mnie szczypnął bo chyba to jest jakiś sen i zaraz się obudzę.



Siedzę i nie mogę się doczekać już kiedy będzie jasno i zobaczę moje dwa bliźniaki w pełnej okazałości no i co najważniejsze to to że dokładnie zważę ryby. Gdyż drugiego karpia nie ważyłem bo byłem już tak zmęczony fizycznie i psychicznie a przez moją głowę podczas tej krótkiej zasiadki przemknęło chyba milion myśli.


 
W końcu zaczyna świtać i wychodzi słonko. Już widzę te mieniące się w nim łuski moich dwóch pełnołuskich bliźniaków. Zaczynamy szykować stanowisko do sesji zdjęciowej żeby wszystko poszło jak najszybciej i jak najbardziej sprawnie aby ryby szybko wróciły do swojego domu. Kontrola czy wszystko mamy. Wiaderka z wodą są, maty są, waga jest aparat i kamerę mamy. Jesteśmy gotowi wiec idę po pierwszą rybę i wiem że to będzie też nie prosta sprawa zrobić zdjęcia z dwoma rybami powyżej dwudziestu kilogramów jedna po drugiej tym bardziej że jedna z ryb wypoczęła w worku prawie całą noc.
Pierwsza z ryb podczas ważenia pokazuje 22kg.Lecę szybko po drugą bo jej wagi najbardziej się nie mogę doczekać.
Jestem mega zadowolony i wiem że to co mnie spotkało tej nocy już chyba więcej w życiu się nie powtórzy. Robimy kilka fotek z rybkami i zaczynamy je wypuszczać do wody. Wchodzę do lodowatej Odry aż mi zaczyna kostki wykręcać ale co tam dla takich ryb warto. Po wypuszczeniu drugiej ryby stojąc w wodzie i patrząc jak odpływa chciałem ze szczęścia rzucić się cały do wody ale jakoś powstrzymała mnie jej temperatura i świadomość że nie mam ciuchów na przebranie bo miała być to krótka zasiadka. No i oby więcej takich krótkich zasiadek to będę najszczęśliwszym karpiarzem na ziemi.



 

Z tego miejsca chciałem bardzo podziękować kuzynowi Marcinowi Grzelakowi za przygotowanie miejscówki i za wspólny wyjazd i pomoc przy holach, zdjęciach i kamerowaniu. Chciałem też podziękować Pawłowi Szewcowi właścicielowi firmy Carp Gravity za stworzenie tak świetnej kulki jaką okazała się Racicznica 4D. Już nie mogę się doczekać kolejnej zasiadki z tymi kulkami.

Blogi tego użytkownika